miniaturka2

Co warto zrobić w pierwszy weekend nowego roku? Jeszcze jesteśmy w mocy noworocznych postanowień bycia lepszymi, zdrowszymi, bardziej wysportowanymi i kulturalnymi, a zatem idealną propozycją jest pójście do muzeum!

W warszawskim Muzeum Narodowym do końca stycznia można oglądać wystawę „Mistrzowie Pastelu”. Czy warto się na nią wybrać? Moim zdaniem tak. Jest to wystawa skomponowana ze zbiorów samego Muzeum Narodowego, czyli dzieła, które można na niej oglądać na co dzień są zamknięte w muzealnych magazynach. Wynika to z trudności konserwatorskich pasteli, które włączone do stałej ekspozycji mogłyby podobno ulec szybkiemu zniszczeniu. Czyli jest pierwszy powód – można zobaczyć prace nie wystawiane nigdzie indziej.

Drugi powód jest prosty – pastelami malował każdy, kto skończył polską podstawówkę, a mało kto zna dzieła mistrzów wykonane tą techniką. Warto pójść do muzeum i zobaczyć, co z takiej niepozornej kredki można uzyskać.

wyczolkowskidukszta

Leon Wyczółkowski, autoportret w chińskim kaftanie, 1911; Emilia Dukszyńska-Dukszta, Portret Julii z Bergsonów Lesser – Blatteisowej, 1869

Wystawa jest bardzo przystępna. Nie ma tu niezrozumiałych abstrakcji, czy skomplikowanych kompozycji trudnych do interpretacji bez wiedzy historycznej. Większość prezentowanych prac to spokojne portreciki, niektóre zachwycające szczegółami (zwróćcie uwagę na to, jak szczegółowo są odwzorowane koronki). Warto zdać sobie sprawę, że te portrety XVIII i XIX wieku zastępowały dzisiejsze zdjęcia. Były dość tanie i szybkie w wykonaniu, więc można było je zamawiać bez narażania się na wielogodzinne pozowanie i mogli sobie pozwolić na nie nawet mniej zamożni szlachcice. A zatem dostajemy pewien portret epoki – modnych póz, fryzur i gestów.

Na wystawie zdarzają się też gorszej jakości dzieła: kiczowate pejzaże, nawet takie z tęczą (brakuje tylko jednorożców), ale one też mają swoich amatorów, czyli dla każdego coś miłego.

1901, Krajobraz z tęczą, Józef Janowski

Jeden z najbardziej kiczowatych obrazów jakie widziałam: Józef Janowski, Krajobraz z tęczą, 1901

Artystą, na którego zdecydowanie warto zwrócić uwagę podczas zwiedzania, jest Stanisław Wyspiański. Żyjący na przełomie XIX i XX wieku artysta godnie reprezentuje swoje czasy – jest wybitnym przedstawicielem panującej wówczas secesji. Dlatego jego obrazy charakteryzuje miękki, ciemny kontur. Jego pastele wyróżniają się właściwie już z daleka dzięki niesamowitemu wyczuciu koloru i kompozycji. Z bliska można zobaczyć naturalne pozy i gesty modeli, a także odczytać ich nastrój, który również jest znakomicie oddany.

Portret dwóch dziewczynek, Wyspiański, 1895

Stanisław Wyspiański, Portret dwóch dziewczynek, 1895

No i na koniec – Witkacy! Moim zdaniem to najmocniejszy punkt wystawy. Artysta w 1925 roku założył jednoosobową Firmę Portretową „S.I. Witkiewicz”, w której, posługując się wyłącznie pastelem, wykonał ok. 5000 portretów. Kilka z nich można oglądać w Muzeum Narodowym. Obrazy są wyjątkowe jak sam artysta. Firma portretowa Witkacego oferowała portrety od „wylizanych” (czyli realistycznych), przez interpretujące psychologicznie portretowanego po takie robione pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Te ostatnie są oczywiście najciekawsze, najbardziej ekspresyjne, rysowane miękką, swobodną kreską. Na każdym portrecie znajdują się dopiski Witkacego o typie portretu, zażywanych podczas pracy twórczej substancjach (np. Co-kokaina, herb.-herbata, HHH-haszysz) oraz innych okolicznościach, które według niego wpłynęły na końcową formę dzieła. Ciekawy dopisek znajduje się na portrecie Zofii ze Szczepanowskich Szumanowej, gdzie litery z.z.n.w. zostały odszyfrowane jako „zamiast zgwałcenia na werandzie”.

dwawitkace

Dwa portrety wykonane w odurzeniu narkotykowym. Po lewej wspomniany w tekście portret Zofii ze Szczepanowskich Szumanowej, po prawej: portret Leona Reynela

Witkacy, Fałsz Kobiecy – jest to portret Maryli Grossmanowej w typie „wylizanym” oraz autoportret Witkacego trzymającego portret tej samej Maryli Grossmanowej w typie nieco bardziej ekspresyjnym.

Podsumowując: wystawa jest przekrojowa zarówno pod względem epok (od początku używania tej techniki po I poł.XX wieku) jak i pod względem jakości samych dzieł (od totalnego kiczu po wybitne). Plusem jest, ze oprócz samych obrazów można zobaczyć na czym polega ich konserwacja, co jest zawsze dla mnie bardzo interesujące. Nie jest to może najlepsza wystawa na jakiej byłam, ale jest ciekawa i warto ją zobaczyć.

Moja ocena: 6.5/10

2+