Niewielka galeria handlowa we Frankfurcie jest zinterowana z ulicą, przy której znajduje się wiele sklepów.

Bardzo chętnie, zawsze i o każdej porze!

Jednak dziś zamiast pytania „co kupujemy?” proponuję zastanowić się nad pytaniem „gdzie po te zakupy idziemy?”.

Pierwszą nasuwającą się odpowiedzią jest oczywiście jakieś duże centrum handlowe. Powiedzmy sobie szczerze: zakupy w galerii handlowej są po prostu wygodne.

Niech tylko wymienię podstawową zaletę: wszystkie sklepy są w jednym miejscu, nie muszę jeździć, chodzić po zimnie i czekać w nieskończoność na zielone na przejściu dla pieszych łykając spaliny. Mam wszystko pod nosem, zawsze panuje mniej więcej taka sama temperatura, jest ciepło i miło. Poza tym chodzenie po galerii jest ciekawe – można obejść sklepy z jednej strony, z drugiej, pójść na skos, popatrzeć na witryny a po drodze zahaczyć o kawiarnię – jest dużo możliwych scenariuszy „spaceru”.

No, ale może jednak coraz głośniej słyszalne (i czasem uciążliwe) jęczenie miejskich aktywistów, urbanistów i architektów przeciwko galeriom handlowym nie jest zupełnie pozbawione sensu?

Ale jeśli nie w galerii, to gdzie indziej zrobić dobre duże zakupy? Problem w tym, że w Polsce miejsc alternatywnych dla centrów handlowych jest naprawdę niewiele. Jedną z najgorszych cech wielkich centrów handlowych jest to, że wysysają ludzi i biznesy z innych części miasta. Zamiast iść do sklepu, który mieści się przy jakiejś ulicy jedzie się do galerii handlowej i tu związek przyczynowo skutkowy jest bardzo prosty: ludzie jadą do galerii ⇒ nie ma ich na ulicach ⇒ nie kupują w zwykłych sklepach ⇒ jakość zwykłych lokali się degraduje ⇒ lokale bankrutują ⇒ obniżenie prestiżu ulicy, niższa jakość usług, lokale stoją puste. I voila – piękny przepis na uśmiercenie miasta. Jestem przekonana, że każdy z Was jest w stanie podać przykład podobnej historii ze swojego otoczenia.

W takim razie jak to wygląda na świecie? Alternatywą w innych miastach są ulice handlowe. Są to deptaki z zielenią miejską, knajpkami, rzeźbami, publicznymi ławkami otoczone sklepami i, uwaga, galeriami handlowymi. Cały wic polega jednak na tym, że te ulice handlowe łączą w sobie wszystkie zalety ulic i centrów handlowych.

Po 1: rozmieszczenie sklepów nie jest przypadkowe, a starannie zaplanowane tak, żeby nie było za dużo banków, a sklepy z jednej branży znajdowały się niezbyt daleko od siebie, do tego ulice są odpowiednio nasycone kawiarniami i restauracjami.

Po 2: takie ulice to przeważnie deptaki lub niewielkie ulice o niezbyt szybkim ruchu, a zatem warkot silników nie przeszkadza nam się cieszyć zakupami.

Po 3: ulica jest atrakcyjna nie tylko dla osób, które chcą coś kupować. To przestrzeń, gdzie może przyjść każdy chociażby po to żeby posiedzieć na ławce i popatrzeć na ciurkającą fontannę. W centrum handlowym zazwyczaj wszystko wygląda tak samo, z głośników sączy się neutralna muzyka, a jeżeli ktoś spróbuje rozłożyć się z gitarą (albo innym instrumentem) prawdopodobnie natychmiast zostanie wyproszony przez ochronę. Publiczna ulica pozwala na takie niespodziewane i niecodzienne zdarzenia.

Uliczny koncert w Kopenhadze

Uliczny koncert w Kopenhadze

 

Przy ulicach handlowych w miastach europejskich często zdarzają się małe galerie handlowe. Jednak w przeciwieństwie do większości polskich molochów, stoją tuż przy ulicy i są z nią zintegrowane.

 

 

Niewielka galeria handlowa we Frankfurcie jest zinterowana z ulicą, przy której znajduje się wiele sklepów.

Niezbyt duża galeria handlowa we Frankfurcie jest zinterowana z detakiem, przy którym znajduje się wiele sklepów.

Drezno - modernistyczny pasaż handlowy

Drezno – fontanna w  modernistycznym pasażu handlowym

Kopenhaga w październiku 2015

Kopenhaga w październiku 2015

Odpierając zarzut złej polskiej pogody napiszę tylko, że pierwsze miasto, które zrezygnowało z samochodów zastępując je ciągiem pieszych deptaków otoczonych sklepami to Kopenhaga. Nie można jej posądzić o korzystną pogodę. Byłam tam ostatnio w październiku – zimno było jak cholera, a jednak ulice były pełne ludzi, na straganach można było kupić gorącą czekoladę żeby się rozgrzać i wszyscy byli zadowoleni.

 

Teraz, kiedy pogoda jest mniej więcej taka jak w Kopenhadze w październiku (i też podobna do tej rok temu we Frankfurcie) chętnie poszłabym gdzieś, gdzie w ciągu dnia tętni życie, można pospacerować, wypić kakao z budki na kółkach, zrobić zakupy i zjeść smaczny obiad, a na koniec dnia iść do kina albo teatru. Niestety w Warszawie miejscem, które najlepiej spełnia te warunki jest miejskie terrarium, czyli dowolna galeria handlowa.

 

Ruch na ulicy w Kopenhadze w październiku 2015, w środku tygodnia.

Ruch na ulicy w Kopenhadze w październiku 2015, w środku tygodnia.

0
  • Tomasz Przybyłek
    0

    Trafne porównanie do terrarium – wiadomo, że galerie są budowane i prowadzone w taki sposób, by maksymalizować zysk inwestora, może wyjdę na oszołoma, ale sama architektura np. brak dostępu do naturalnego światła, wpływa na utratę poczucia czasu przez klientów.

    Do galerii chodzę w zasadzie tylko z konieczności po ciuchy. Niestety we Wrocławiu i tak jest już kilka dużych galerii, a mimo tego budują kolejną (z funkcją dworca PKS).

    • Natalia Szcześniak
      0

      Teoretycznie lokale usługowe z wejściami od ulicy też powinny służyć zyskowi inwestora, problem jest taki, że im więcej galerii handlowych tym takie lokale są mniej atrakcyjne. Większa ilość galerii handlowych, w parze z grodzonymi osiedlami prowadzą do zaniku przestrzeni publicznych i upodabniają polskie miasta raczej do miast chińskich niż do tradycyjnie europejskich.

    • Iga Gotaldowska
      0

      O tak, co do pomysłu połączenia dworca PKS z galerią (bo jednak najpierw był dworzec :) we Wrocławiu się całkowicie zgadzam. Szczególnie że 5 min piechotą jest do Arkad, a 5 min komunikacją miejską do Dominikańskiej.